Przychodzi baba do lekarza...
Nie, a lekarz nie baba...
Zacznijmy jeszcze raz...
Wchodze niczym do lasu wielkiego, wciąż obcego chociaż znanego. Niby tu jasno a jakoś ponuro, niby tu ciepło a wieje tu chłodem, hula wiatr choć go nie słychać, niby tu głośno a jednak tak cicho. Przyglądam się...jest zieleń po bokach, niczym to drzewa – nie pachną i zimne mają spojrzenia. Ooooo widzę norę, ciekawe kto w niej bywa. Jest, siedzi stary wilk, spokojny, opanowany, hmm wręcz niezainteresowany! Czyżby leniwy czy już najedzony? Zlękniona niczym owieczka odeszłam czem prędzej, by nie narażać się wilczemu wzrokowi już więcej. Podeszłam do innej nory...tam wilczyca sprytniejsza ale kazała poczekać. Może chce zostawić mnie na deser?
I jeszcze inni wilcy się przechadzali, ot tak wśród owieczek co sobie tam siedziały. Spojrzeli, spytali czy inne wilki już nas widziały. Nikt nie zamierza zabierać drugiemu zdobyczy. Toć to nie po wilczemu tak wyrwać zdobycze. A owce siedzą, grzecznie czekają bo wilcy mają to co owcom życie daje. I tak spoglądają jak wilki leniwie przechadzają się po tym swoim dziwnym lesie.
W końcu niczym owieczka zostałam wezwana do norki wilczycy i jej pana. Wilczyca spokojnie przeszła do działania bo tego wymagała właśnie ta sprawa. Owieczka potulnie siedziała uspokojona, że przez tego wilka również nie zostanie zjedzona.
Wyszła owieczka z tego lasu posępnego...mając świadomość, że wracać tu częściej jest zmuszona.
Z tej całej opowiastki choć morał i zabawa... że wilk syty no i owca cała.
P.S. Oczywiście jakakolwiek zbieżność miejsca jest bardzo przypadkowa.












